
Czy można kończyć pisać bloga z podróży sprzed
dwóch lat? Czy coś się wtedy jeszcze pamięta? Czy będzie się z kim jeszcze podzielić tymi wrażeniami, emocjami, ekscytacjami, przygodami, zachwytami? Czy nasze przeżycia nie są czasem jak te engramy, jak już raz się zapiszą to później wystarczy tylko uruchomić jeden ze skryptów by w ciągu kilku chwil przenieść się w tamten moment życia?
Spróbuję... "What I've done" Linkin Park w uszach, kilka odpalonych zdjęć, zapach igliwa, słoneczny promień, wytarte Merrelle na stopach i wjeżdżamy do Yosemite...
Tak jak wiele innych rzeczy w moim życiu wszystko zaczęło się od marzenia... Siedziałam w Californijskiej bibliotece i przeglądałam przewodniki dumając gdzie by się tu jeszcze wybrać w najbliższym czasie... i tak padło na Yosemite. Tak wiem mój obecny klan wspinaczkowy mógłby mnie teraz wykląć za taką kultowo wspinaczkową ignorancję, ale wówczas był to jeszcze czas przed intensywnym moczeniem dłoni w magnezji:). Yosemite czyli park na zachodnich zboczach Sierra Nevada, pełen wodospadów i genialnych formacji granitowych. Raj wspinaczkowy z El Capitan na czele. Dla mnie marzeniem stało się Half Dome.

Half Dome czyli ta kopuła w tle
Nocleg w namiocie na równie kultowym Camp 4, gdzie z rana strażnicy parku rozdają cieplutką kawę i witają się z tobą jakbyś tu był od zawsze. Metalowe boksy, które są jedynym miejscem do przechowywania jedzenia i wszystkiego co pachnie (pachnie wg niedźwiadków nie ludzi). Notabene miałam okazję zobaczyć samochód po próbie otwarcia go jak puszkę z konserwą, przez kochane misiaki. Strażnicy skwitowali to zdaniem "Hmm nie widać żeby ktoś zostawił tam jakieś jedzenie ale może gumy do żucia były w schowku."

Camp 4
Camp 4 to faktycznie magiczne miejsce, z klimatem który tworzą zjeżdżający się tam ludzie. Stanowi niezły kontrast z turystyczną bazą, gdyż zaledwie 500 m dalej znajduje się ekskluzywny hotel, zamiast ściółki pojawiają się chodniki, a prysznice są w każdym pokoju:)

Śniadanie w Tourist Center
Do zdobycia Half Dome stylem trekkingowym przymierzaliśmy się przez kilka dni, raz przeszkodziła nam ilość wypitego wieczorem wina, innym padający deszcz, ale w końcu nastał ten dzień... choć nic nie zapowiadało że się uda bo jak zwykle wstaliśmy za późno. 11 am wylądowaliśmy na przystanku. Stąd zabrał nas hybrydowy-ekologiczny autokar i dowiózł na początek szlaku. Ruszyliśmy w stronę znanych już i wyschniętych prawie podobno pięknych wodospadów. 7h w jedną stronę - tyle zapowiadała mapa... no i nie kałamała.

W odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie
Po 5h moi współtowarzysze stwierdzili, że chyba lepiej zawrócić bo idzie burza i lepiej nie wracać po ciemku bo wtedy mogą się przyplątać te łakome niedźwiadki. Rozpoczęły się więc pertraktacje bo przecież byliśmy już tak blisko, jeszcze kilka zakrętów i już będzie ściana Half Dome. Udało się, zgodzili się pójść dalej:) Tych zakrętów oczywiście musieliśmy jednak pokonać o wiele więcej ale było warto...

So close:)
I stanęłam przed tą stromiastą ścianą. Zobaczyłam poręcze i ten prawie pion i się przeraziłam. Że co że jak ja mam tam się wdrapać? W sensie bez zabezpieczeń... tak po prostu. W szczelinie przy drodze znalazłam robocze rękawice. Wzięłam 10 głębokich wdechów i ruszyłam do górę. W końcu gdyby offca nie skakała to nigdzie by nie dotarła:)

When your dreams come true...
Half Dome - granitowa formacja, 2693m n.p.m, do lat 70. uważany za szczyt "absolutnie niedostępny", w 1919 zostały zamontowane ułatwienia z których skorzystałam:)

I jeszcze podobno najpiękniejszy punkt widokowy w Yosemite...


0 comments:
Post a Comment