Thursday, August 9, 2007

a little bit of Mexico

Chciałabym w końcu napisać trochę o Meksyku - stolicy mojego obecnie ulobionego piwa Corony. Byłam tam do tej pory dwa razy i tak raczej blisko granicy (Tijuana, Rosarito). Jednak mimo tego, że blisko bajecznego USA, porarzająco inaczej. W momencie kiedy przekracza się metalowe bramki graniczne zaczyna się inny świat.
Biedę widać wszędzie dookoła, na ulicach, straganach, w barach, sklepach, autobusach. Mimo tego że Tijuana jest taka bardzo proamerykańsko turystyczna to jest tam biednie na każdym kroku. Pierwsze moje wrażenie po przejściu kilku uliczek było takie, że czułam się tak bardzo obca i inna. Tutaj od razu widać że jesteśmy Gringo (tak nazywają białych ludzi w Meksyku i Połódniowej Ameryce). A co się z tym wiąże jesteśmy dolaro wydatni. Oznacza to tyle, że na każdym kroku trzeba nas zaczepić i zaproponować coś do zjedzenia, wypicia i kupienia. Kiedy jest się zaczepionym po raz 20ty ma się tego już serdecznie dosyć i w moim przypadku zaczyna się z daleka krzyczeć "gracias gracias." cdn...












A na końcu świata znalazł się oczywiście the best of the best HARD ROCK CAFE





0 comments: