Sunday, January 8, 2012

Dream of californication?

Californication, żegnam przy dźwiękach 'Highway to hell' AC/DC. Jeśli piekło jest takie jak Californication to całkiem to przyjemne:) Livin easy, livin free...
A jednak nawet piekło jest dobre tylko na jakiś czas. Mój czas w USA, to trochę taki 'honey moon', bez stykania się z codziennością, bez kredytów, wysokich podatków, zaplątania w kulturowe ograniczenia. Honey moon, w którym wszystko jest słodkie i cudowne. Czas, w którym można zachłysnąć się pięknem tak bardzo, że nie dotyka się żadnego 'brzydko'. Nic dziwnego, że pozostaje w moich marzeniach jako wyśniona ziemia obiecana. Jak bajka z dzieciństwa, do której chce się wracać za każdym razem gdy szaro i buro za oknem.
Takie są Stany - marzycielski kraj kuszący Ciebie snem o wolności. W końcu każdy, kto tu przybywał marzył dokładnie o tym samym. To może dlatego tak łatwo się tam odnaleźć, stopić z resztą marzycieli. To kraj w którym nie dziwi stawiane co chwilę pytanie 'where are you from?'. Każdy skądś jest. Z jakiegoś stanu, miasta, kraju, kontynentu. To też świat indywidualistów, biorących swoje życie w swoje ręce, nie zakopujący się w kolektywnym 'my' 'wspólnie' 'razem do celu'. Miejsce, w którym ciągle szuka się udogodnień. To tutaj na półkach w sklepie można znaleźć 'EggBits' czyli gotowe zmieszane ze sobą jajka, z napisem na opakowaniu 'Teraz robienie jajecznicy czy omleta jest o niebo prostsze':)
A California... to przecież miejsce Steva Jobsa i jabłuszek, kawałek ziemi gdzie zrodziły się Desperaty (Desperate Housewives:)), ojczyzna Red Hot Chilli Peppers i wielu innych wspaniałych muzyków, Starbucks(?), a ten akurat powstał w Seattle:), ale za to w Californii ma teraz największą sieć sprzedaży. Piękne to miejsce na świecie. Dla mnie piękne za te przestrzenie, bezkresy, lasy, góry, ocean, wyblakłość krajobrazu, słońce. Tak jak całe USA, miejsce w którym każdy znajdzie coś dla siebie, o ile wie czego szuka.

Haleakala - najpiękniejszy wschód słońca

Haleakala jest wulkanem, na którym usadowiło się Maui. Głową dotyka 3055 m n.p.m. Zeby na tą głowę się wspiąć, na szczęście samochodem, potrzeba kilku godzin jazdy. Jednego dnia udało mi się tam dotrzeć tuż przed wschodem słońca. Okazał się najpiękniejszym wschodem mojego życia.
W języku tubylców nazwa Haleakalā oznacza "Dom Słońca". Według legendy miejscowy półbóg Maui wszedł rankiem na szczyt krateru, chwycił promienie słońca i zmusił słońce, aby w tym miejscu zawsze zwalniało swój bieg i dłużej przebywało nad wyspą. W ten sposób mieszkańcy wyspy zyskali dłuższy dzień i mogli zbierać obfitsze plony.


'Aloha' - Maui, Hawaje

Aloha: [affection, peace, compassion, mercy] - hawajskie powitanie, które od samego początku sprawia, że czujesz się jak w domu. Hawaje są absolutnie urocze, a na pewno wyspa Maui. Tu czas płynie inaczej niż na kontynencie. Tu czas się kręci jak u Indian - dookoła. Życie toczy się wkoło wyspy. Ludzkie życia splecione są z naturą. Nawet pomimo cywilizacji. Jest prosto, a dzięki temu radośnie. W uśmiechach wyspiarzy można wyczytać 'dokąd się spieszysz? na wszystko jest czas'. Zyją od wschodu do zachodu słońca. Hakuna matata:)

Let's see it...





Słynna Hana Highway - droga, z Highway nie ma nic wspólnego, o długości 109 km, którą pokonuje się w 7-8 godzin ze względu na mega ilość zakrętasów i przewężeń. Otula wyspę, nie pozwalając jednak okrążyć jej wkoło. Pozwala na doświadczenie piękna intensywnej zieleni, wyspiarskiej wilgoci, komarów spragnionych każdej krwi (a mojej to jak odczułam najbardziej). Można ją pokonać przy dźwięcznym głosie przewodnika z płyty CD dołączonej do wypozyczonego samochodu. Po tym jak po raz 10 słyszy się jingiel 'Hana Higway' ma się już dosyć tego przewodnika:)


Niektórzy pracują tak...
A niektórzy tak...
Stragany bez sprzedawców z cenami przy produktach i pojemniczkiem na pieniądze - zaufanie hawajczyków

Banana bread - mniami:)

A na końcu świata, czyli na końcu Hana Highway kawka:)

Masz ochotę na spienione mleko do kawy? Najpierw musisz chwilę popedałować



San Francisco - powoli żegnamy się


If you're going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair
If you're going to San Francisco
You're gonna meet some gentle people there

For those who come to San Francisco
Summertime will be a love-in there
If you're going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair
If you're going to San Francisco
You're gonna meet some gentle people there

Pojechałam do San Francisco bez kwiatów we włosach i miłość letnia też na mnie tam nie czekała. Przyjemne miasto. Nasz motel mieścił się na dalekich obrzeżach i wyglądał na motel, w którym większość mieszkańców pokoi zadomowiła się na dłużej. Kiedy po jakimś czasie przeczytałam książkę 'Pracować za grosze i (nie) przeżyć', będącą obrazem utajonej biedy w jednym z najbogatszych państw świata, zrozumiałam co Ci wszyscy ludzie tam robili. Po prostu nie stać ich było na długoterminowy czynsz, a łatwiej było płacić te kilkadziesiąt dolców z tygodnia na tydzień. Obrzeża nie zachęcają do spacerów po deptakach, wręcz przeciwnie zdradzają inne oblicze Ameryki. Jak nie zna się dobrze okolicy to tak jak ja można nagle późnym wieczorem wylądować w sklepie, gdzie 'nie wiadomo czemu?!' sprzedawca jest odgrodzony kuloodporną szybą. Po wyjściu z takiego sklepu chce się jak najszybciej znaleźć w samochodzie, tym szybciej im więcej czuje się na sobie spojrzeń biegnących z pobliskiego chodnika. Ot taki przyjemny klimacik. A tak poza tym to tak tam jest...

Górki tak strome, że zjeżdżając w dół ma się wrażenie, że za moment twój samochód przekoziołkuje.


Nie wiem dlaczego, ale dla mnie już sama nazwa California powoduje rozpromienienie na twarzy i tęsknący błysk w oczkach





Golden Gate, czyli most samobójców


Wednesday, June 10, 2009

Przystanek Yosemite - czyli zmierzając do końca

Czy można kończyć pisać bloga z podróży sprzed 
dwóch lat? Czy coś się wtedy jeszcze pamięta? Czy będzie się z kim jeszcze podzielić tymi wrażeniami, emocjami, ekscytacjami, przygodami, zachwytami? Czy nasze przeżycia nie są czasem jak te engramy, jak już raz się zapiszą to później wystarczy tylko uruchomić jeden ze skryptów by w ciągu kilku chwil przenieść się w tamten moment życia? 

Spróbuję... "What I've done" Linkin Park w uszach, kilka odpalonych zdjęć, zapach igliwa, słoneczny promień, wytarte Merrelle na stopach i wjeżdżamy do Yosemite...


Tak jak wiele innych rzeczy w moim życiu wszystko zaczęło się od marzenia... Siedziałam w Californijskiej bibliotece i przeglądałam przewodniki dumając gdzie by się tu jeszcze wybrać w najbliższym czasie... i tak padło na Yosemite. Tak wiem mój obecny klan wspinaczkowy mógłby mnie teraz wykląć za taką kultowo wspinaczkową ignorancję, ale wówczas był to jeszcze czas przed intensywnym moczeniem dłoni w magnezji:). Yosemite czyli park na zachodnich zboczach Sierra Nevada, pełen wodospadów i genialnych formacji granitowych. Raj wspinaczkowy z El Capitan na czele. Dla mnie marzeniem stało się Half Dome.

Half Dome czyli ta kopuła w tle

Nocleg w namiocie na równie kultowym Camp 4, gdzie z rana strażnicy parku rozdają cieplutką kawę i witają się z tobą jakbyś tu był od zawsze. Metalowe boksy, które są jedynym miejscem do przechowywania jedzenia i wszystkiego co pachnie (pachnie wg niedźwiadków nie ludzi). Notabene miałam okazję zobaczyć samochód po próbie otwarcia go jak puszkę z konserwą, przez kochane misiaki. Strażnicy skwitowali to zdaniem "Hmm nie widać żeby ktoś zostawił tam jakieś jedzenie ale może gumy do żucia były w schowku." 


Camp 4

Camp 4 to faktycznie magiczne miejsce, z klimatem który tworzą zjeżdżający się tam ludzie. Stanowi niezły kontrast z turystyczną bazą,  gdyż zaledwie 500 m dalej znajduje się ekskluzywny hotel, zamiast ściółki pojawiają się chodniki, a prysznice są w każdym pokoju:)


  Śniadanie w Tourist Center

Do zdobycia Half Dome stylem trekkingowym przymierzaliśmy się przez kilka dni, raz przeszkodziła nam ilość wypitego wieczorem wina, innym padający deszcz, ale w końcu nastał ten dzień... choć nic nie zapowiadało że się uda bo jak zwykle wstaliśmy za późno. 11 am wylądowaliśmy na przystanku. Stąd zabrał nas hybrydowy-ekologiczny autokar i dowiózł na początek szlaku. Ruszyliśmy w stronę znanych już i wyschniętych prawie podobno pięknych wodospadów. 7h w jedną stronę - tyle zapowiadała mapa... no i nie kałamała. 


W odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie

Po 5h moi współtowarzysze stwierdzili, że chyba lepiej zawrócić bo idzie burza i lepiej nie wracać po ciemku bo wtedy mogą się przyplątać te łakome niedźwiadki. Rozpoczęły się więc pertraktacje bo przecież byliśmy już tak blisko, jeszcze kilka zakrętów i już będzie ściana Half Dome. Udało się, zgodzili się pójść dalej:) Tych zakrętów oczywiście musieliśmy jednak pokonać o wiele więcej ale było warto...


So close:)

I stanęłam przed tą stromiastą ścianą. Zobaczyłam poręcze i ten prawie pion i się przeraziłam. Że co że jak ja mam tam się wdrapać? W sensie bez zabezpieczeń... tak po prostu. W szczelinie przy drodze znalazłam robocze rękawice. Wzięłam 10 głębokich wdechów i ruszyłam do górę. W końcu gdyby offca nie skakała to nigdzie by nie dotarła:)


When your dreams come true...


Half Dome - granitowa formacja, 2693m n.p.m, do lat 70. uważany za szczyt "absolutnie niedostępny", w 1919 zostały zamontowane ułatwienia z których skorzystałam:)


Boulderowa przystawka @ Camp 4
 jeszcze sprzed czasów  nadmiernego maczania dłoni w magnezi:)


 
I jeszcze podobno najpiękniejszy punkt widokowy w Yosemite...

Monday, July 28, 2008

Route 1

Jakoś wzięło mnie na wspomnienia:) I to chyba najwyższy czas aby dokończyć tego bloga... Właściwie to niedawno udało mi się w końcu przejrzeć i obrobić wszystkie zdjęcia:)
Siedząc teraz w ten upalny wieczór przypominam sobie to jacuzzii i basen zaraz pod moimi oknami... tak cudownie było się tam chiloutować po ciężkiej pracy hmmm... :) 
Tenskno całkiem tenskno...
Ale jak to było przez ostatnie 2 tygodnie w USA:
Postanowilliśmy przemierzyć Californie z południa na północ.

Route no 1 czyli autostrada jedynka - jedna z najpiękniejszych i najbardziej legędarnych dróg na świecie bięgnąca wzdłuż wybrzeża oceanu Spokojnego. Jak powiem że było pięknie to będę mało orginalna... no ale było właśnie pięknie:) Po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się do tego piękna i już nie sięgaliśmy tak uparcie po aparaty, ani też nie zatrzymywaliśmy się przy każdym zjeździe. Na tej trasie spędziliśmy 2 dni, z ekstremalnym nocowaniem pod namiotami tuż przy plaży pełnej.. ropy?!? (to akurat nie było takie piękne, szczególnie jak nam się to do stóp poprzylepiało). Nasze oczy były przez te dni pijane tym pięknem... to pijaństwo przeciągnęło się nam wprawdzie na następne 2 tygodnie ale o tym później:)


I tak właśnie tam było...
Zachód słońca od którego nie można było oderwać oczu...
Wolność, ekspresja uczuć i ... wykorzystanie wszystkiego co można znaleźć na plaży po to aby wykrzyczeć tą radość:)
Znane pewnie z tych filmów, których nigdy nie widziałam...
W końcu przychodził czas na refleksje...